Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 1
Prawą rękę trzymając w kieszeni surduta i utkwiwszy wzrok w Mervynie, śledził jego ruchy ze spokojną podejrzliwością.
— Nie wiem, czym i kim jesteś, lecz jeśli kiedykolwiek wiedziałeś, co znaczą ludzkie uczucia, powtarzam, jeśli byłeś w ogóle zdolny do współczucia, raczej zabiłbyś mnie od razu, niż igrał dłużej z mą straszliwą nadzieją, która była mą męką i, sądzę, mym obłąkaniem przez całe me życie.
— A więc, sir — rzekł Irons łagodnie i z cieniem pogodnego uśmiechu na twarzy — jeśli chce pan ze mną rozmawiać, musi pan odnosić się do mnie inaczej, gdyż prawdę mówiąc, byłem przed chwilą bliższy zabicia pana, niż pan sobie zdaje z tego sprawę, a przez cały ów czas nie chciałem pańskiej krzywdy! Mimo to jeślibym przypuszczał, że powie pan jakiejkolwiek żywej istocie, iż Zakiel Irons, zakrystian, był tu we wtorek późnym wieczorem, chyba zastrzeliłbym pana teraz.
— Życzysz sobie, by twe odwiedziny zostały utrzymane w tajemnicy? Dobrze, masz moje słowo honoru, że nikt z żyjących nie dowie się o nich — powiedział Mervyn. — Mów dalej.
— Mało mam do powiedzenia, wasza wielmożność, ale przede wszystkim, czy myśli pan, że pańska służba słyszała te hałasy przed chwilą?
— Stara służąca jest głucha, a jej córka nie ośmieli się chodzić po domu po zapadnięciu zmroku. Nie musisz się obawiać, że nam przeszkodzą.
— Tak, wiem; w tym domu straszy, powiadają ludzie, lecz umarli nie mówią. To żywych się boję. Sądziłem, że będzie ciemniej, chmury rozwiały się w dziwny sposób. Jest to dla mnie sprawa życia i śmierci, by nie być widzianym w pobliżu domu „Pod Dachówką". I niech pan nigdy ze mną nie rozmawia ani nie daje poznać po sobie, że mnie zna, gdy przypadkowo spotka mnie pan, rozumie pan, sir? Sam jestem dość złym człowiekiem, lecz są gorsi niż ja.
— Zgoda, będę udawał, że cię nie znam — odparł Mer-vyn.
— Są tacy, co mnie śledzą, tacy, którzy przez chmury i rwące rzeki poznać mogą myśli człowieka znajdującego się o mile stąd, którzy potrafią poruszać się tak bezszelestnie jak duchy, a gdy zajdzie potrzeba, schwycić w uścisk tak mocno jak sam diabeł. Niech więc pan będzie cierpliwy przez