Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 18
ka filiżanek herbaty, przez cały czas wylewając obfite potoki słów i grzmocąc raz po raz pięścią w stół; powodowało to, że łyżeczka brzęczała na spodeczku, a biedna mała pani Sturk podskakiwała i szeptała: „O, mój drogi!" Lecz gdy doktor przestał wreszcie odgrażać się całemu światu i udowadniać pani Sturk, przekonując częściowo sam siebie, że jest najmądrzejszym i najwspanialszym człowiekiem na ziemi, doręczono mu list; ten w sposób oschły i zwięzły przypominał mu o owych piętrzących się przed nim wielkich i nieuchronnych niebezpieczeństwach, których wyraźnie nie można było uniknąć. Wycofał się więc do swego gabinetu, by przeżuwać na nowo i przetrawiać gorzką strawę wyobraźni — pisać listy i drzeć je na kawałki; aż wreszcie, jak miał zwyczaj czynić po godzinach pracy w szpitalu, pojechał do Dublina, by zanudzać swego doradcę prawnego bezpłodnymi pomysłami i beznadziejnymi planami znalezienia wyjścia z trudnej sytuacji.
Owej nocy Sturk wrócił do domu z miną wisielca, wielce zmęczony, milczący, niemal zrozpaczony. Zażądał whisky, wypił szklaneczkę owego nasercowego leku, po czym w milczeniu podgrzał dzban ponczu, który pochłonął szklaneczka po szklaneczce, co go nieco podniosło na duchu i dodało mu odwagi, twarz mu się zaczerwieniła, począł paplać dość głośno i dużo, czkając od czasu do czasu, a później poszedł spać wcześniej niż zwykle.
Po północy obudził się nagle coś sobie przypominając.
— Już wiem — wykrzyknął Sturk z przekleństwem i bezwiednie kopnął ramę łóżka, co sprawiło, że jego pogrążona we śnie małżonka podskoczyła.
— Cóż to takiego, drogi Barney? — pisnęła nurkując pod kołdrę z sercem w gardle.
— Jest to jak gdyby objawienie — zawołał Sturk z jeszcze jednym przekleństwem. I to było wszystko, co pani Sturk narazie na ten temat usłyszała.
Doktor przebudził się zupełnie bez względu na to, co było przyczyną jego nagłego ożywienia. Usiadł wyprostowany na łóżku z zaciśniętymi wargami i ściągniętymi brwiami, a jego przebiegłe, zimne oczy w zamyśleniu błądziły po kotarach. Chwilami okrzyk zdumienia lub krótkie przekleństwo podchodziły mu z wolna do gardła i wyrywały się z ust niby wielka fermentująca bańka.
Owej nocy Sturk wrócił do domu z miną wisielca, wielce zmęczony, milczący, niemal zrozpaczony. Zażądał whisky, wypił szklaneczkę owego nasercowego leku, po czym w milczeniu podgrzał dzban ponczu, który pochłonął szklaneczka po szklaneczce, co go nieco podniosło na duchu i dodało mu odwagi, twarz mu się zaczerwieniła, począł paplać dość głośno i dużo, czkając od czasu do czasu, a później poszedł spać wcześniej niż zwykle.
Po północy obudził się nagle coś sobie przypominając.
— Już wiem — wykrzyknął Sturk z przekleństwem i bezwiednie kopnął ramę łóżka, co sprawiło, że jego pogrążona we śnie małżonka podskoczyła.
— Cóż to takiego, drogi Barney? — pisnęła nurkując pod kołdrę z sercem w gardle.
— Jest to jak gdyby objawienie — zawołał Sturk z jeszcze jednym przekleństwem. I to było wszystko, co pani Sturk narazie na ten temat usłyszała.
Doktor przebudził się zupełnie bez względu na to, co było przyczyną jego nagłego ożywienia. Usiadł wyprostowany na łóżku z zaciśniętymi wargami i ściągniętymi brwiami, a jego przebiegłe, zimne oczy w zamyśleniu błądziły po kotarach. Chwilami okrzyk zdumienia lub krótkie przekleństwo podchodziły mu z wolna do gardła i wyrywały się z ust niby wielka fermentująca bańka.
www.raido-sport.pl



