Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 2
jakiś czas. Przekazałem panu wiadomość, zapewniam pana, że to prawda, a jeśli chodzi o dostarczenie panu dowodów, to w tej chwili mogę, rozumie pan, i nie mogę tego uczynić; lecz nadchodzi godzina, niech pan tylko będzie cierpliwy, sir, i przysięgnie na swą duszę i honor, że nie wyda mnie pan na zatracenie z przyczyny ujawnienia prawdy.
— Na mą duszę i honor przysięgam — odparł Mervyn. — Mów dalej.
— Ani nawet niech pan nigdy nie wspomina wysoko lub nisko urodzonemu, bogatemu czy biednemu, mężczyźnie, kobiecie lub dziecku, że tu przyszedłem, albowiem... Mniejsza o to.
— To także przyrzekam. Na miłość Boską, mów!
— Bardzo proszę, sir, ani słowa więcej, póki nie nadejdzie czas — odrzekł Irons. — Wyjdę tak, jak przyszedłem. — Pchnął w górę jedno skrzydło okna i wyskoczywszy lekko na trawę, prześlizgnął się między olbrzymimi starymi drzewami owocowymi i zniknął w mgnieniu oka.
Być może przyszedł z zamiarem powiedzenia czegoś więcej. Przez chwilę wydawało się, że powziął postanowienie całkowitego wyjawienia tajemnicy, myślał Mervyn. Lecz później zawahał się i rozważywszy wszystko ponownie, wycofał.
Jakkolwiek jałowa i dręcząca, owa dziwna rozmowa była jednakże niezwykle ważna, albowiem wskazywała kierunek, skąd mogły w końcu nadejść oczekiwane z nadzieją wieści.
 
XLI
PROBOSZCZ WRACA DO DOMU, LILY DAJE WYRAZ SWEMU POSTANOWIENIU, CZAS PŁYNIE, A CIOTKA REBEKA SKŁADA WIZYTĘ W DOMU „POD WIĄZAMI"
 
Następnego ranka, dokładnie o zwykłej dla owych dni wczesnej porze śniadaniowej, przy ogrodzeniu na wprost domu dał się słyszeć wesoły głos starego proboszcza. Tom Clinton wybiegł z podwórza przed stajnię i z przyjemnym szerokim uśmiechem powitał „jego wielebność" prostymi