Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 25
domu Sturka i zapytał, czy może się widzieć z doktorem. Został wprowadzony na górę do tego tak dobrze znanego nam gabinetu. Sturk podniósł się na jego powitanie.
— Moje uszanowanie, panie Dangerfield — rzekł doktor z niespokojnym ukłonem.
— Dzień dobry panu — powiedział Dangerfield. — Otrzymałem pański list i przyszedłem. Cóż mogę uczynić dla pana?
Sturk rzucił okiem na drzwi, by sprawdzić, czy są zamknięte, a później rzekł:
— Panie Dangerfield, przypomniałem sobie, ee — coś.
— Doprawdy! ho! A więc, mój dobry panie?
— Pan, jak sobie przypominam, znał, ee... Charlesa A r c h e r a?
Sturk przyglądał się przez chwilę srebrnym okularom, wreszcie spuścił oczy.
— Charlesa Archera — odrzekł szybko Dangerfield — tak, z pewnością. Lecz Charles, wie pan, wpadł w kłopoty i nie jest to znajomość, którą pan lub ja moglibyśmy się chlubić; a tak naprawdę to lepiej go nie wspominać. Już od dawna przestałem się nim zajmować.
— Lecz właśnie przypomniałem sobie jego adres; w jego życiorysie jest coś, o czym wiem bardzo dobrze i co daje mi prawo do jego życzliwych uczuć, a teraz ma możliwość wyświadczyć mi pewną ściśle określoną przysługę; nie ma zaś innego człowieka na tym świecie, panie Dangerfield, który miałby równie wielki wpływ na niego jak pan. Czy użyje go pan w moim imieniu i zapewni tym sobie moją dozgonną wdzięczność?
Sturk spojrzał Dangerfieldowi w oczy; Dangerfield patrzył nań zagadkowo, nieco być może zawstydzony; po krótkiej przerwie zaś...
— Użyję — rzekł Dangerfield z nagłym postanowieniem. — Lecz pan wie, że Charles nie jest człowiekiem, z którym można żartować — nieprawdaż? — i nie należy wymieniać jego nazwiska — pan rozumie — ani wskazywać jego miejsca zamieszkania, ani niczego w ogóle, krótko mówiąc, co jego dotyczy.
— To zrozumiałe — odparł Sturk.
— Jedzie pan do miasta, jak wspomniała pańska małżonka, powozem pani Strafford. A więc gdy pan wróci dziś
— Moje uszanowanie, panie Dangerfield — rzekł doktor z niespokojnym ukłonem.
— Dzień dobry panu — powiedział Dangerfield. — Otrzymałem pański list i przyszedłem. Cóż mogę uczynić dla pana?
Sturk rzucił okiem na drzwi, by sprawdzić, czy są zamknięte, a później rzekł:
— Panie Dangerfield, przypomniałem sobie, ee — coś.
— Doprawdy! ho! A więc, mój dobry panie?
— Pan, jak sobie przypominam, znał, ee... Charlesa A r c h e r a?
Sturk przyglądał się przez chwilę srebrnym okularom, wreszcie spuścił oczy.
— Charlesa Archera — odrzekł szybko Dangerfield — tak, z pewnością. Lecz Charles, wie pan, wpadł w kłopoty i nie jest to znajomość, którą pan lub ja moglibyśmy się chlubić; a tak naprawdę to lepiej go nie wspominać. Już od dawna przestałem się nim zajmować.
— Lecz właśnie przypomniałem sobie jego adres; w jego życiorysie jest coś, o czym wiem bardzo dobrze i co daje mi prawo do jego życzliwych uczuć, a teraz ma możliwość wyświadczyć mi pewną ściśle określoną przysługę; nie ma zaś innego człowieka na tym świecie, panie Dangerfield, który miałby równie wielki wpływ na niego jak pan. Czy użyje go pan w moim imieniu i zapewni tym sobie moją dozgonną wdzięczność?
Sturk spojrzał Dangerfieldowi w oczy; Dangerfield patrzył nań zagadkowo, nieco być może zawstydzony; po krótkiej przerwie zaś...
— Użyję — rzekł Dangerfield z nagłym postanowieniem. — Lecz pan wie, że Charles nie jest człowiekiem, z którym można żartować — nieprawdaż? — i nie należy wymieniać jego nazwiska — pan rozumie — ani wskazywać jego miejsca zamieszkania, ani niczego w ogóle, krótko mówiąc, co jego dotyczy.
— To zrozumiałe — odparł Sturk.
— Jedzie pan do miasta, jak wspomniała pańska małżonka, powozem pani Strafford. A więc gdy pan wróci dziś
www.raido-sport.pl



