Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 3
słowy: „witamy w domu", po czym przytrzymał uzdę konia oraz strzemię; tymczasem pleban, uśmiechając się uprzejmie, zadał pół tuzina pytań z miną człowieka, który po długiej nieobecności odbywa daleką podróż, napawa się radosnym widokiem znajomych twarzy i własnego domu. Był nieobecny wprawdzie tylko przez jedną noc i pół dnia, lecz serce jego stęskniło się za domem i ukochaną córką. Lilias wybiegła do furtki na spotkanie ojca ze zwykłym sobie uśmiechem, a powitanie ich zdawało się bardziej serdeczne i milsze niż kiedykolwiek — ucałowali się, padli sobie w objęcia i znów się ucałowali; proboszcz pogładził córkę po policzku myśląc, że wygląda nieco blado, lecz za nic nie powiedziałby w tej właśnie chwili czegoś, co mogłoby zabrzmieć mniej radośnie. I tak przeszli dwa lub trzy jardy posypaną żwirem ścieżką, ona u jego prawego boku, trzymając prawą dłoń w jego dłoni, a lewą obejmując jego ramię i tuląc się do niego, prowadziła ojca ku domowi jak ukochanego jeńca.
Przy śniadaniu proboszcz opowiedział o wszystkich swych przygodach, zdał jej sprawę, kto był na wieczornym przyjęciu, i opisał dwie wspaniałe suknie damskie, znał się bowiem na strojach niewieścich, choć o tym jego znawstwie równie mało wiedziano, jak o umiejętności Don Kichota robienia klatek dla ptaków i wykałaczek; umiejętności ujawnionej, jak pamiętamy, w jednej z jego rozmów z poczciwym Sancho pod korkowym drzewem. Proboszcz opowiedział Lilias w swój prosty, przyjemny sposób całą garść niewinnych ploteczek, a mała Lily siedziała wpatrując się w swego ukochanego staruszka, uśmiechając i mówiąc niewiele, lecz oczy jej często napełniały się łzami; gdy zaś proboszcz przypadkowo to spostrzegał, jego oczy powlekały się na chwilę mgłą smutku i zadumy, nie czynił jednak żadnych uwag.
W jakiś czas później, gdy Lily przechodziła obok drzwi gabinetu, zawołał ją — „Mała Lily, wejdź tu", więc weszła; proboszcz był sam, stał wyprostowany przed półkami na książki to odkładając jakiś tom, to wyjmując inny.
— Zamknij drzwi, mała Lily — powiedział łagodnie i i wesoło, nie przerywając pracy. — Dostałem wczoraj wieczorem list, moje kochanie, od kapitana Devereux, pisze on, iż jest do ciebie wielce przywiązany, a ja wcale nie dziwię
Przy śniadaniu proboszcz opowiedział o wszystkich swych przygodach, zdał jej sprawę, kto był na wieczornym przyjęciu, i opisał dwie wspaniałe suknie damskie, znał się bowiem na strojach niewieścich, choć o tym jego znawstwie równie mało wiedziano, jak o umiejętności Don Kichota robienia klatek dla ptaków i wykałaczek; umiejętności ujawnionej, jak pamiętamy, w jednej z jego rozmów z poczciwym Sancho pod korkowym drzewem. Proboszcz opowiedział Lilias w swój prosty, przyjemny sposób całą garść niewinnych ploteczek, a mała Lily siedziała wpatrując się w swego ukochanego staruszka, uśmiechając i mówiąc niewiele, lecz oczy jej często napełniały się łzami; gdy zaś proboszcz przypadkowo to spostrzegał, jego oczy powlekały się na chwilę mgłą smutku i zadumy, nie czynił jednak żadnych uwag.
W jakiś czas później, gdy Lily przechodziła obok drzwi gabinetu, zawołał ją — „Mała Lily, wejdź tu", więc weszła; proboszcz był sam, stał wyprostowany przed półkami na książki to odkładając jakiś tom, to wyjmując inny.
— Zamknij drzwi, mała Lily — powiedział łagodnie i i wesoło, nie przerywając pracy. — Dostałem wczoraj wieczorem list, moje kochanie, od kapitana Devereux, pisze on, iż jest do ciebie wielce przywiązany, a ja wcale nie dziwię
www.raido-sport.pl



