Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 30
spowiedzi. — Nie posłałam po niego, madame, tylko po pewne krople, które mi obiecał. Byłam bardzo chora — ja, ja się tak źle czuję!
I dolna warga jej zadrżała, po czym biedna pani Mac wybuchnęła płaczem.
— I świętego wyprowadziłaby pani z równowagi, pani Macnamara — powiedziała kobieta w czerni dość porywczo, choć zimno. — A przecież, jak mi się wydaje, los się do pani uśmiecha!
W odpowiedzi na te słowa bełkotliwe lamenty pani Mac przybrały na sile.
— Pani temu nie wierzy. Niechże tak będzie; ale po cóż płakać z przyczyny drobnych trudności, jak duże dziecko, zamiast opanować się i podziękować swej najlepszej przyjaciółce?
Obie damy usiadły do szeptanego tête-à-tête w odległym kącie pokoju; słychać było zaledwie niewyraźne gruchanie, łkanie biednej pani Mac i ostre słowa.
— I to wszystko? Mam więcej kłopotu z panią niż z pięćdziesięcioma rozsądnymi klientami — pani z trudem zdobywa się na rozwagę — powiem pani wprost, musi pani lepiej zadbać o swe sprawy, moja droga, gdyż, szczerze mówiąc, tak dalej już być nie może.
Na tym zakończyła się ta część rozmowy; po czym Mary Matchwell wyjrzała przez okno. Powóz stał przy drzwiach, konie drzemały z cierpliwie opuszczonymi łbami, zaś woźnica z podbitym okiem, które stopniowo przybierało żółtą barwę, i z rozciętym nosem — i jedno, i drugie nieco zagojone — przechodził przez ulicę w drodze powrotnej z gospody, ocierając usta mankietem kurtki.
— Niech pani nasunie kapturek, jeśli łaska, madame, i pojedzie ze mną dorożką, by przedstawić mnie pani Nutter — rzekła pani Matchwell, jednocześnie stukaniem długimi kościstymi palcami przywołując woźnicę.
— To zbyteczne, madame. Powiedziałam wszystko, co pani chciała, i posłałam jej słówko wczoraj wieczorem, tak że teraz czeka ona na panią; wolałabym więc nie jechać, madame, jeśli pani pozwoli.
— Nie ma o czym mówić. Niech pani robi
to, co powiedziałam, albowiem musi pani ze mną pojechać — odparła pani Matchwell.