Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 43
niczego złego na myśli, a chcąc jedynie okazać swą żeglarską wiedzą.
— Łatwo jest powiedzieć „zwróć dziób pod prąd" — wysapał Puddock, który czynił teraz rozpaczliwe wysiłki, przy czym jego twarz nabrała purpurowego zabarwienia; mówił urywanymi słowami straszliwie sepleniąc, zbyt zasapany, by móc powiedzieć cokolwiek więcej.
Cienie nocy i ryk wzburzonych wód nie pozwoliły Cluffe'owi zauważyć owych oznak.
— Co u licha robisz pan teraz? — krzyknął Cluffe, czyniąc efektowną przerwę w środku zdania, po raz pierwszy poważnie zaniepokojony, gdy łódź zaczęła powoli się obracać, zwracając się tym, co Cluffe nazywał „dziobem" — choć dziób i rufa były do siebie podobne — w kierunku brzegu, od którego odbili.
— Niech pana licho porwie, Puddock, czemu... po co pan zawraca? Nie może pan tego robić!
— Niech pan pomoże! — wrzasnął Puddock doprowadzony do ostateczności — niech pan pomoże, mówię, niech pan chwyci linę, Cluffe, szybko, sir, ręce mi wyrywa.
Nie było w tym przesady (rzadko kiedy była przesada w tym, co mówił Puddock), albowiem obrót łodzi skręcił mu ręce jak sploty sznura.
— Trzymaj pan, Puddock, niech to diabli, już idę! — krzyknął Cluffe, całkiem otrzeźwiony okolicznościami. — Jeśli pan puści, będę wystrychnięty na dudka, lecz zastrzelę pana.
— Niech pan chwyci linę, powtarzam, sir, lub wszystko będzie stracone!
Cluffe, który tyle jedynie widział, że powoli obraca się wkoło i że dzięki Puddockowi niechybnie jego ciało skryją fale rzeki, zrobił olbrzymi wysiłek, by chwycić linę, lecz była ona poza zasięgiem jego ręki, i gdy wstał, łódź tak gwałtownie się zakołysała, że przez omyłkę usiadł z powrotem z silnym plaśnięciem na swoim miejscu dzwoniąc zębami, a doznany wstrząs i trwoga wzbudziły jego gniew.
— Trzymaj, sir — trzymaj, ty mały diable, mówię, chwilkę, tutaj... trzymaj... hejże!
Gdy Cluffe wykrzykiwał te słowa i gramolił się na czworakach do przodu, Puddock wrzeszczał:
— Łatwo jest powiedzieć „zwróć dziób pod prąd" — wysapał Puddock, który czynił teraz rozpaczliwe wysiłki, przy czym jego twarz nabrała purpurowego zabarwienia; mówił urywanymi słowami straszliwie sepleniąc, zbyt zasapany, by móc powiedzieć cokolwiek więcej.
Cienie nocy i ryk wzburzonych wód nie pozwoliły Cluffe'owi zauważyć owych oznak.
— Co u licha robisz pan teraz? — krzyknął Cluffe, czyniąc efektowną przerwę w środku zdania, po raz pierwszy poważnie zaniepokojony, gdy łódź zaczęła powoli się obracać, zwracając się tym, co Cluffe nazywał „dziobem" — choć dziób i rufa były do siebie podobne — w kierunku brzegu, od którego odbili.
— Niech pana licho porwie, Puddock, czemu... po co pan zawraca? Nie może pan tego robić!
— Niech pan pomoże! — wrzasnął Puddock doprowadzony do ostateczności — niech pan pomoże, mówię, niech pan chwyci linę, Cluffe, szybko, sir, ręce mi wyrywa.
Nie było w tym przesady (rzadko kiedy była przesada w tym, co mówił Puddock), albowiem obrót łodzi skręcił mu ręce jak sploty sznura.
— Trzymaj pan, Puddock, niech to diabli, już idę! — krzyknął Cluffe, całkiem otrzeźwiony okolicznościami. — Jeśli pan puści, będę wystrychnięty na dudka, lecz zastrzelę pana.
— Niech pan chwyci linę, powtarzam, sir, lub wszystko będzie stracone!
Cluffe, który tyle jedynie widział, że powoli obraca się wkoło i że dzięki Puddockowi niechybnie jego ciało skryją fale rzeki, zrobił olbrzymi wysiłek, by chwycić linę, lecz była ona poza zasięgiem jego ręki, i gdy wstał, łódź tak gwałtownie się zakołysała, że przez omyłkę usiadł z powrotem z silnym plaśnięciem na swoim miejscu dzwoniąc zębami, a doznany wstrząs i trwoga wzbudziły jego gniew.
— Trzymaj, sir — trzymaj, ty mały diable, mówię, chwilkę, tutaj... trzymaj... hejże!
Gdy Cluffe wykrzykiwał te słowa i gramolił się na czworakach do przodu, Puddock wrzeszczał:
www.raido-sport.pl



