Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 44
— Niech to diabli, Cluffe, prędko... och! do licha, nie mogę wytrzymać! Coś podobnego!
I Puddock puścił linę, a łódź i jej cenny ładunek z okropnym świstem i przelewającymi się przez burtę falami rozpoczęła swą drogę powrotną w ciemności.
— Proszę wziąć wiosło, sir, do licha! — krzyknął Cluffe.
— Nie ma wioseł — odparł uroczyście Puddock.
— Lub ster!
— Nie ma steru!
— A co jest, u diabła, sir? — w tej samej chwili chluśnięcie zimnej wody przemoczyło jedwabne nogawki spodni Cluffe'a.
— Hej! hej! A co, u diabła, zrobisz pan, sir? Nie ma pan chyba zamiaru mnie utopić, mam nadzieję? — wrzasnął Cluffe trzymając się kurczowo burty łodzi.
— Pan umie pływać, Cluffe; proszę skoczyć do wody i nie zważać na mnie — powiedział mały Puddock wzniosłym tonem.
Cluffe, który miał w sobie coś z samochwała, chełpił się pewnego wieczoru w kasynie umiejętnością pływania, z której, jak zapewniał, słynął w latach szkolnych; było to kłamstwo, lecz Puddock uwierzył mu ślepo.
— Dziękuję! — ryknął Cluffe — pływać, rzeczywiście! Zapięty pod szyję... i... i z podagrą.
— Niech pan słucha, Cluffe, proszę ratować gitarę, jeśli pan zdoła — powiedział Puddock.
W odpowiedzi Cluffe z niekłamanym gniewem przeklął instrument przez zaciśnięte zęby, jak również jego właściciela ; był istotnie tak rozwścieczony tą nie przemyślaną prośbą, że gdyby tylko wiedział, gdzie gitara się znajduje, myślę, że byłby bliski rozbicia jej na głowie Puddocka lub co najmniej porwania strun na strzępy, podobnie jak ów „chłopiec minstrel", albowiem Cluffe był zapalczywy, zwłaszcza pod wpływem lęku. Lecz zapomniał, choć gitara wisiała w tej chwili, przewiązana szkarłatno-złotą wstążką, na jego szyi.
— Niech piorun trafi gitarę! — krzyknął. — Poszła... tam gdzie i m y idziemy... na dno. Jakiż to diabeł pana opętał, sir, aby nas topić w ten sposób?
Puddock westchnął. Przepływali właśnie wzdłuż spokojnych brzegów uroczej łąki w Belmont, gdzie w wyku-
I Puddock puścił linę, a łódź i jej cenny ładunek z okropnym świstem i przelewającymi się przez burtę falami rozpoczęła swą drogę powrotną w ciemności.
— Proszę wziąć wiosło, sir, do licha! — krzyknął Cluffe.
— Nie ma wioseł — odparł uroczyście Puddock.
— Lub ster!
— Nie ma steru!
— A co jest, u diabła, sir? — w tej samej chwili chluśnięcie zimnej wody przemoczyło jedwabne nogawki spodni Cluffe'a.
— Hej! hej! A co, u diabła, zrobisz pan, sir? Nie ma pan chyba zamiaru mnie utopić, mam nadzieję? — wrzasnął Cluffe trzymając się kurczowo burty łodzi.
— Pan umie pływać, Cluffe; proszę skoczyć do wody i nie zważać na mnie — powiedział mały Puddock wzniosłym tonem.
Cluffe, który miał w sobie coś z samochwała, chełpił się pewnego wieczoru w kasynie umiejętnością pływania, z której, jak zapewniał, słynął w latach szkolnych; było to kłamstwo, lecz Puddock uwierzył mu ślepo.
— Dziękuję! — ryknął Cluffe — pływać, rzeczywiście! Zapięty pod szyję... i... i z podagrą.
— Niech pan słucha, Cluffe, proszę ratować gitarę, jeśli pan zdoła — powiedział Puddock.
W odpowiedzi Cluffe z niekłamanym gniewem przeklął instrument przez zaciśnięte zęby, jak również jego właściciela ; był istotnie tak rozwścieczony tą nie przemyślaną prośbą, że gdyby tylko wiedział, gdzie gitara się znajduje, myślę, że byłby bliski rozbicia jej na głowie Puddocka lub co najmniej porwania strun na strzępy, podobnie jak ów „chłopiec minstrel", albowiem Cluffe był zapalczywy, zwłaszcza pod wpływem lęku. Lecz zapomniał, choć gitara wisiała w tej chwili, przewiązana szkarłatno-złotą wstążką, na jego szyi.
— Niech piorun trafi gitarę! — krzyknął. — Poszła... tam gdzie i m y idziemy... na dno. Jakiż to diabeł pana opętał, sir, aby nas topić w ten sposób?
Puddock westchnął. Przepływali właśnie wzdłuż spokojnych brzegów uroczej łąki w Belmont, gdzie w wyku-
www.raido-sport.pl



