Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 45
szowym oknie salonu mrugały światła. Me wiem, czy Puddock je widział, Cluffe z pewnością nie.
— Hej, hej! Linę! — krzyczał Cluffe, który chwycił się tego rozpaczliwego sposobu, by postawić na nogi całą okolicę — Linę... linę... hej! hej! ... li — i — i — i — nę!
Ciotka Becky, która usłyszała owe dzikie krzyki, wzięła je za wrzaski pijaków oddających się swym zwykłym rozrywkom i wyraziła w salonie odpowiednio swe uczucia w tym przedmiocie.
 
XLIX
ŁABĘDZIE W WODZIE

— Dopływamy do czegoś... Cóż to jest? — odezwał się Puddock, gdy w słabym świetle księżyca ukazał się w pewnej odległości przed nimi rząd czarnych palików skośnie biegnących w poprzek nurtu.
— To jaz na łososie — ryknął Cluffe z przekleństwem, które przemieniło się w żałosne błaganie.
Zaledwie przed dwoma tygodniami znaleziono w sieci jakiegoś pijaka, topielca. Mimo stoczonych pojedynków Cluffe stracił głowę w znacznie większym stopniu niż Puddock. Lecz w ogóle nie umiał pływać i był tak diabelnie pozapinany od stóp do głów.
— Proszę usiąść po prawej stronie. Mech pan zrównoważy łódź! — powiedział mały Puddock.
— Zrównoważ diabła! — wrzasnął Cluffe, któremu ów rozkaz Puddocka, należy przyznać, że w ich położeniu był to całkiem bezużyteczny manewr żeglarski, wydał się szczególnie oburzający, i dodał, spoglądając z wściekłością przed siebie: — To nie łódź zrównoważę, obiecuję panu, ty... ty śmieszny morderco!
W tej właśnie chwili ów koniec łodzi, gdzie znajdował się Puddock, natknął się na jakiś głaz czy palik, czy cokolwiek innego w nurcie, wskutek czego część łodzi, w której siedział Cluffe, zaczęła się szybko obracać w kółko i zniosła dzielnego kapitana tak blisko brzegu, iż chwycił nagłym ruchem gałąź zwisającą daleko nad wodą, i po-