Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 48
szowego z prośbą, by któryś z nich przybył do niego natychmiast w sprawie nie cierpiącej zwłoki.
Lillyman był w domu i stawił się na wezwanie.
— Puddock się utopił, mój drogi Lillyman, a ja czuję się nieco lepiej. Łódź przewoźnika rozbiła się razem z nami. Proszę zejść do adiutanta, powinni zdjąć sieci na łososie... ja sam jestem bardzo chory... bardzo chory, doprawdy... w przeciwnym razie pomógłbym, lecz pan mnie zna, Lillyman. Biedny Puddock... smutna historia... lecz proszę nie tracić czasu.
— A czy on nie umie pływać? — spytał osłupiały Lillyman.
— Pływać? Tak jak kamień, biedak! Gdyby tylko wyskoczył z łodzi i trzymał się mnie, niech to diabli, byłbym go przyciągnął do brzegu; lecz biedny Puddock stracił głowę. A ja... widzi mnie pan tutaj... proszę nie zapomnieć powiedzieć im, w jakim stanie pan mnie zastał i... i... a teraz proszę nie tracić ani chwili.
Lillyman odszedł więc, by wszcząć alarm w koszarach.
 
L
O WYNIKŁYM STĄD ZAMIESZANIU W KLUBIE „FENIKS" I GDZIE INDZIEJ ORAZ O WYŁOWIONYM KAPELUSZU
 
Wyskakując z łodzi, Cluffe niemal jej nie przewrócił i omal nie wykończył w ten sposób Puddocka; lecz łódź wyprostowała się i pomknęła szybko na sam środek jazu, przez który przedarła się do góry dnem okryta płaszczem białej piany, w kierunku Dublina, pozostawiając jednak małego Puddocka całego i zdrowego; przywarł on do wierzchołka jednego z palików i stał na jakiejś chropowatej desce, która nie stanowiła zbyt przyjemnego oparcia dla stóp, służyła zaś od czasu do czasu do przeglądania sieci.
— Hej! Czy jest pan bezpieczny, Cluffe? — zawołał mały porucznik, nieco oszołomiony, stojąc na owej wąskiej kładce, a bryzgi piany szeleściły mu u stóp. Nie miał najmniejszego pojęcia, co stało się z jego muzykalnym towarzy-