Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 49
szem; gdy zaś ujrzał łódź pędzącą ku śluzie i płynącą z prądem rzeki dnem do góry, wpadł w rozpacz.
A gdy wojskowy płaszcz kapitana, który Puddock wziął za samego Cluffe'a, pomknął w ślad za łodzią, rozciągnięty na wodzie, miotający się w falach — co, jak Puddock przypuszczał, było śmiertelnymi zmaganiami tonącego — a następnie zginął mu z oczu po drugiej stronie jazu nie odpowiadając na jego Wołania: „Zamach ręką, Cluffe! W prawo, Cluffe! Hola! W prawo!", porucznik zupełnie stracił nadzieję uratowania kapitana.
— Poddaj się, ty złodziejski łajdaku, bo wpakuję ci całą zawartość tej strzelby w cielsko! — krzyknął straszliwy głos z prawego brzegu; Puddock dojrzał zarys postaci olbrzymiego strzelca przygotowującego się do strzału w tę część jego ciała, która stanowiła najdogodniejszy cel.
— O co chodzi, panie? — krzyknął Puddock z wściekłością i niepokojem.
— Okradasz sieci, ty nicponiu! Jeśli nie wrzucisz z powrotem do wody tych łososi, które masz schowane pod płaszczem, opłaczesz to!
— Jakie łososie, panie? — przerwał porucznik — przecież teraz nie pora na łososie, panie.
— Gadasz bzdury, bezwstydny łotrze; podejdź tu i poddaj się, a jak nie, lub jeśli ruszysz się na cal z tego miejsca bądź pewny, że cię rozwalę w strzępy!
-— Kapitan Cluffe się utopił, panie; a ja jestem porucznik Puddock — odparł oficer.
— Na rany Chrystusa! To pan sam, we własnej osobie kapitanie Puddock? — krzyknął człowiek — o wybaczenie błagam, lecz wziąłem pana za jednego z owych włóczęgów, którzy stale podkradają ryby. I któż by, kapitanie, do pioruna, jak świat długi i szeroki, przypuścił, że tu pana ujrzę rozmyślającego pośrodku rzeki o tej nocnej porze? Nie mogę pojąć, jak, na Boga, pan się tam dostał, bo deski zabrano stąd jeszcze wczoraj.
— Proszę bezzwłocznie wszcząć alarm, panie! — ponaglił go Puddock. — Kapitan Cluffe znikł za tym strasznym jazem przed niespełna minutą i obawiam się, że utonął.
— Utonął! Och! Na rany!
— Tak, panie, proszę posłać natychmiast kogoś w dół rzeki ze sznurem.
A gdy wojskowy płaszcz kapitana, który Puddock wziął za samego Cluffe'a, pomknął w ślad za łodzią, rozciągnięty na wodzie, miotający się w falach — co, jak Puddock przypuszczał, było śmiertelnymi zmaganiami tonącego — a następnie zginął mu z oczu po drugiej stronie jazu nie odpowiadając na jego Wołania: „Zamach ręką, Cluffe! W prawo, Cluffe! Hola! W prawo!", porucznik zupełnie stracił nadzieję uratowania kapitana.
— Poddaj się, ty złodziejski łajdaku, bo wpakuję ci całą zawartość tej strzelby w cielsko! — krzyknął straszliwy głos z prawego brzegu; Puddock dojrzał zarys postaci olbrzymiego strzelca przygotowującego się do strzału w tę część jego ciała, która stanowiła najdogodniejszy cel.
— O co chodzi, panie? — krzyknął Puddock z wściekłością i niepokojem.
— Okradasz sieci, ty nicponiu! Jeśli nie wrzucisz z powrotem do wody tych łososi, które masz schowane pod płaszczem, opłaczesz to!
— Jakie łososie, panie? — przerwał porucznik — przecież teraz nie pora na łososie, panie.
— Gadasz bzdury, bezwstydny łotrze; podejdź tu i poddaj się, a jak nie, lub jeśli ruszysz się na cal z tego miejsca bądź pewny, że cię rozwalę w strzępy!
-— Kapitan Cluffe się utopił, panie; a ja jestem porucznik Puddock — odparł oficer.
— Na rany Chrystusa! To pan sam, we własnej osobie kapitanie Puddock? — krzyknął człowiek — o wybaczenie błagam, lecz wziąłem pana za jednego z owych włóczęgów, którzy stale podkradają ryby. I któż by, kapitanie, do pioruna, jak świat długi i szeroki, przypuścił, że tu pana ujrzę rozmyślającego pośrodku rzeki o tej nocnej porze? Nie mogę pojąć, jak, na Boga, pan się tam dostał, bo deski zabrano stąd jeszcze wczoraj.
— Proszę bezzwłocznie wszcząć alarm, panie! — ponaglił go Puddock. — Kapitan Cluffe znikł za tym strasznym jazem przed niespełna minutą i obawiam się, że utonął.
— Utonął! Och! Na rany!
— Tak, panie, proszę posłać natychmiast kogoś w dół rzeki ze sznurem.
www.raido-sport.pl



