Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 58
— Nie, droga pani, to jedynie biedna Betty, zapewniam panią, proszę się nie bać, madame.
— Och, Betty, trzymaj mnie... nie odchodź... jestem... jestem szalona... czyż jestem szalona?
Wówczas, gdy Betty szeptała słowa pocieszenia, biedna chora wybuchnęła potokiem łez, co jak się zdaje, przyniosło jej ulgę; Betty podała jej znów kropelki, po których pani Nutter poczęła mamrotać do siebie i wkrótce zapadła w drzemkę.
Po dziesięciu minutach chora znów zerwała się z krzykiem:
— To jej kroki! Gdzie jesteś, Betty? — wrzasnęła; gdy Betty podbiegła do łóżka, schwyciła ją tak mocno, że dziewczyna omal nie krzyknęła, cały czas zerkając przez ramię chorej.
— Gdzie jest Charles Nutter? Widziałam, jak z tobą rozmawiał.
Po chwili biedna mała kobietka poczęła się stopniowo uspokajać; jej spojrzenia, jęki, składanie rąk i podniesione w górę oczy — wszystko to wskazywało, że się modli; lecz gdy Betty ukradkiem otworzyła szafę, aby wyjąć nową świecę, jej biedna pani wydała znów straszny okrzyk wołając:
— Ty łajdaczko! Jej głowa tam się nie zmieści... nie możesz jej schować. — I biedna kobieta wyskoczyła z łóżka krzycząc: — Charles, Charles, Charles!
Betty tak się przejęła i wystraszyła, że zawołała swą koleżankę Moggy i oświadczyła jej, że nie pozostanie w tym pokoju, chyba że będą tam siedziały razem całą noc. Tak więc obie czuwały przy chorej; w miarę jak upływały nocne godziny, sen pani Nutter stawał się coraz spokojniejszy i dłuższy, a napady budzącego ją lęku łagodniejsze. Mimo to jednak budziła się z jakiegoś przerażającego widzenia z krzykiem, który przejmował dziewczęta grozą i przez dłuższy czas zdawała się niczego nie widzieć ani nie słyszeć, szepcząc jedynie do przestraszonych dziewcząt:
— Posłuchajcie tego pukania... och!... ten oddech za drzwiami... zamknij je na klucz, Betty... dziewczęta, zmówcie modlitwy... To on! — lub czasami: — To ona!
I tak mijała owa ciężka noc, a wiatr, który zaczął się
— Och, Betty, trzymaj mnie... nie odchodź... jestem... jestem szalona... czyż jestem szalona?
Wówczas, gdy Betty szeptała słowa pocieszenia, biedna chora wybuchnęła potokiem łez, co jak się zdaje, przyniosło jej ulgę; Betty podała jej znów kropelki, po których pani Nutter poczęła mamrotać do siebie i wkrótce zapadła w drzemkę.
Po dziesięciu minutach chora znów zerwała się z krzykiem:
— To jej kroki! Gdzie jesteś, Betty? — wrzasnęła; gdy Betty podbiegła do łóżka, schwyciła ją tak mocno, że dziewczyna omal nie krzyknęła, cały czas zerkając przez ramię chorej.
— Gdzie jest Charles Nutter? Widziałam, jak z tobą rozmawiał.
Po chwili biedna mała kobietka poczęła się stopniowo uspokajać; jej spojrzenia, jęki, składanie rąk i podniesione w górę oczy — wszystko to wskazywało, że się modli; lecz gdy Betty ukradkiem otworzyła szafę, aby wyjąć nową świecę, jej biedna pani wydała znów straszny okrzyk wołając:
— Ty łajdaczko! Jej głowa tam się nie zmieści... nie możesz jej schować. — I biedna kobieta wyskoczyła z łóżka krzycząc: — Charles, Charles, Charles!
Betty tak się przejęła i wystraszyła, że zawołała swą koleżankę Moggy i oświadczyła jej, że nie pozostanie w tym pokoju, chyba że będą tam siedziały razem całą noc. Tak więc obie czuwały przy chorej; w miarę jak upływały nocne godziny, sen pani Nutter stawał się coraz spokojniejszy i dłuższy, a napady budzącego ją lęku łagodniejsze. Mimo to jednak budziła się z jakiegoś przerażającego widzenia z krzykiem, który przejmował dziewczęta grozą i przez dłuższy czas zdawała się niczego nie widzieć ani nie słyszeć, szepcząc jedynie do przestraszonych dziewcząt:
— Posłuchajcie tego pukania... och!... ten oddech za drzwiami... zamknij je na klucz, Betty... dziewczęta, zmówcie modlitwy... To on! — lub czasami: — To ona!
I tak mijała owa ciężka noc, a wiatr, który zaczął się
www.raido-sport.pl



