Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 62
LII
O RULONIE GWINEI I O WYSTRZALE Z PISTOLETU

Owego poranka Dangerfield udał się z wędką i siatką w górę rzeki w towarzystwie swego rybackiego Fidus Achatesa Ironsa. Niebo przybrało przyjemną szarość brzasku, zakrystian był jednak niezwykle milczący, bardziej niż zazwyczaj; przewrotny wędkarz zaś miał zagadkowo rozbawioną minę, gdy z uwagą śledził nurt wody. Raz czy dwa razy okulary jego zwróciły się ku zakrystianowi, jak gdyby pragnął rzucić jeden ze swych złośliwych żartów; lecz odwracał się znów z lekkim wzruszeniem ramion ku pomarszczonej drobną falą wodzie, ku muszce i cichym szarym pstrągom, a żart pozostawał nie wypowiedziany.
Wreszcie Dangerfield rzekł przez ramię z tym samym rozbawionym spojrzeniem:
— Czy pamiętasz Charlesa Archera?
Irons zbladł, spuścił wzrok z zakłopotaniem, jak się wydawało, i skubać począł splątany kawałek linki nie dając żadnej odpowiedzi.
— Cóż, Irons? — nalegał Dangerfield, który nie zamierzał dać za wygraną.
— Tak, pamiętam — odparł zakrystian cierpko. — Pamiętam go dobrze, lecz nie chciałbym go pamiętać i nie będę mówił o nim, to wszystko.
— A więc, Charles Archer jest tutaj, widzieliśmy go, prawda? Taki sam z niego diabeł, jaki był zawsze — rzekł Dangerfield chichocząc, niezmiernie zadowolony, i wyraźnie cieszył się z zakłopotania swego towarzysza, któremu przyglądał się z ukosa przez okulary.
— On też cię widział, powiada, i przypuszcza, że i ty go widziałeś, hę? — i Dangerfield począł chichotać porozumiewawczo, obserwując bacznie i z miłym uśmiechem zmianę w wyrazie rysów swego towarzysza, gdy tak go drażnił i wypytywał w swój zagadkowy sposób.
— A więc, przypuśćmy, że go widziałem — potwierdził Irons, podnosząc wzrok i odwzajemniając rozbawione spojrzenie Dangerfielda śmiałym i ponurym wejrzeniem. — i przypuśćmy, że i on mnie widział. Póki nie mamy