Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 68
— Gdy Irons dowie się o tym — mruknął — przekona się, że moja ocena Charlesa Archera była słuszna, i dojdzie do wniosku, że maczał palce w tym pasztecie; to go przerazi.
Dangerfield sam wyglądał nieco dziwnie; wypił dwa małe kieliszki, jakich ludzie podówczas używali w Irlandii, nantzu i odstawiwszy naczynko, pogrążył się w zadumie;
„Życie jest przedziwną walką; cha! cha! Sturk powalony... nieszczęsny głupiec! Wdowa... tak, dzieci... tak. Charles! Charles! Jeżeli jest jakiś rozrachunek po śmierci, dług twój będzie paskudny. Znużony już jestem udziałem w owej przewlekłej obronnej grze. Tajemnicę znamy już jedynie my dwaj — Irons i ja. Glasscock był tym czwartym i spotkała go śmierć. Potem byliśmy my trzej; Sturk jest następną ofiarą; a teraz ja i Irons — Irons i ja — który będzie pierwszy?" I począł gwizdać powoli i smętnie z rękoma w kieszeniach bryczesów, patrząc bezmyślnie przez okulary na wiecznie płynącą wodę — symbol bezustannej zmienności i jednostajności życia.
Tymczasem grupka ludzi, z wciąż bladym i spoconym bosonogim urwisem Timem Brianem w roli przewodnika, szła dalej. Wszyscy wpatrzeni byli w drogę przed sobą i wstrzymywali oddech, niemalże nie rozmawiając.
Szli wciąż dalej, aż zagłębili się w gęsty cień splątanych cierni i jeżyn, gdzie w odosobnionym zakątku, pośród małych ptaszków skaczących po gałęziach, leżał na plecach, w wojskowym mundurze, Sturk — lub raczej to, co kiedyś nim było, barwy ziemistej, z odrobiną krwi już niemal czarnej, zastygłej w kącikach ust, a pod ciemnymi brwiami bieliły się gałki oczu zwrócone ku niebu.
Pod wypomadowaną, upudrowaną i pokrytą lokami głową czerwieniła się kałuża krwi, większa pod prawym ramieniem, które było lekko wyciągnięte. Otwarta, zwrócona ku górze dłoń wzywała jak gdyby niebiosa na pomoc.
Toole zbadał go.
— Brak tętna, na Jowisza! Spokój tam! Nie ruszajcie się! — I przyłożył ucho do białej marsylskiej kamizelki Sturka.
— Pst! — nastąpiła długa cisza. Potem Toole wyprostował się wciąż klęcząc. — Czy będziecie wreszcie cicho? Wy-