Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 71
przedstawiał wielce przygnębiający i posępny widok — po schodach własnego domu (jego blada, płacząca i drżąca żona stała u podnóża stopni, pośród szeptów i cichych okrzyków dziewcząt służebnych oraz milczących i przejętych grozą dzieci, które usiłowały coś dojrzeć przez słupki poręczy), aby go ułożyć w łóżku, gdzie miał wreszcie spocząć bez sennych majaków.
 
LIV
W KTÓRYM PANNA MAGNOLIA MACNAMARA I DOKTOR TOOLE UDAWADNIAJĄ W RÓŻNYCH OKOLICZNOŚCIACH, ŻE SĄ RZETELNYMI SAMARYTANAMI, A WSPANIAŁY DOKTOR PELL WSTĘPUJE NA SCHODY DOMU „PRZY CMENTARZU"

Tak oto z bijącym czy też nie bijącym tętnem, żywego czy martwego, ułożono Sturka w łóżku.
Biedna mała pani Sturk, przerażona i cicha, całkiem oszalała z bólu przy wezgłowiu męża.
— Och, mój Barney, mój Barney, mój szlachetny Barney! — rozpaczała. — Odszedł, nigdy już nie przemówi. Czy sądzicie, że mnie słyszy? Och, Barney, mój kochany Barney, to twoja biedna mała Letty, och, Barney, kochanie, czy słyszysz? To twoja biedna, głupiutka Letty.
Lecz oblicze jego wciąż jednako było posępne, a uszy z kamienia. Nie padła odpowiedź, nie pojawił się żaden znak.
Wysłała więc błagalną prośbę do doktora Toole'a, który dobrodusznie przybył, gdyż, prawdę mówiąc, kręcił się przy drzwiach wejściowych swego mieszkania, czekając na wezwanie. Na powitanie uścisnął jej dłoń bardzo serdecznie, „do głębi poruszony" jej zbolałym wyglądem, i powiedział, że nie powinna, jeszcze tracić nadziei.
Również i tym razem stanowczo stwierdził, że Sturk jeszcze żyje.
— Tak, jest to tak pewne jak to, że my oboje, pani i ja, żyjemy. Nie może tu być omyłki.