Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 75
powiem, przygotuj się na wstrząs". Przy tych słowach biednej Sally zrobiło się całkiem słabo, lecz czytała dalej. „Doktor Sturk pojechał wczoraj do miasta, wyobraź sobie, bardzo wytworny, w powozie pani Strafford, rozpływając się w uśmiechach i uprzejmościach — któżby pomyślał! Otóż powrócił właśnie, wjeżdżając do Miasteczka na noszach, z czaszką rozłupaną na dwoje, bez przytomności. Pomyśl tylko o biednej pani Sturk i o wstrząsie, jakiego doznała na jego widok; jakże wdzięczną i «Zadowoloną» być powinnaś, iż Charles Nutter nie jest tym ciałem w Butcher's Wood i nie wjeżdża do domu w takim stanie jak Sturk. A Charles cieszy się najlepszym zdrowiem, czego jestem całkiem pewna, i wytoczy proces Mary Matchwell — przepraszam za «Wyrażenie» — i wtrąci ją do więzienia i zostanie Publicznie stracona przez dublińskiego kata".
Cała ta rapsodia wywołała w umyśle Sally zawikłaną, przygnębiającą wizję, pełną niedorzecznych i przerażających obrazów, których nie mogła dobrze pojąć. Jedno tylko wydawało się jasne — że Sturka dotknęło ogromne nieszczęście.
Owego wieczoru, o godzinie dziewiątej, wspaniały doktor Pell zajechał karetą ciągnioną przez spienione konie przed drzwi domu Sturka, w które lokaj jego począł tak głośno grzmocić, że mogłoby to nawet zmarłego postawić na nogi; bo też rodzina Sturka, jeśli nie chciała, by czyniono hałas, powinna była owinąć czymś kołatkę. Zamaszystym krokiem doktor udał się za szepczącą, przerażoną dziewką służebną na piętro do sypialni Sturka; trzymając zwyczajem ówczesnych lekarzy dłonie w zarękawku i nie zadając żadnych pytań, szybko przemierzał korytarze, albowiem czas jego był na wagę złota. Tak więc, wywołując swą obecnością lęk i zamieszanie, wspiął się lekko na schody i udał wprost do łoża pacjenta — spokojny, milczący i bystry.
W okamgnieniu pobiegła służąca już w dół ulicy po Toole'a, który w pełnym rynsztunku medycznym siedział w domu, spodziewając się narady z wielkim człowiekiem, co bardzo by mu odpowiadało. Spiesznie przemierzył ulicę, marszcząc brwi i zadzierając nosa, wiedział bowiem, że nie należy lekceważyć czasu i nastroju wyroczni.
W klubie posługacz kredensowy, Larry, stawiając pół kwarty wina z korzeniami przed starym Arturem Slo-