Dom przy cmentarzu, T.I cz. 4 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 77
wę ma rozłupaną na dwoje... Jest pan bardzo usłużny, poruczniku, lecz wolę pewniejsze zakłady — rzekł Cluffe.
Dangerfielda, który zwrócony plecami do kominka przypatrywał się towarzystwu, zdawała się gorszyć niepoważna ich rozmowa, więc pokręcił głową bliski wypowiedzenia kilku z owych uprzejmych lecz cynicznych słów nagany, których ironia, chłód i niepojętość onieśmielały mniej odważnych w klubie. Lecz wzruszywszy ramionami, poniechał tego zamiaru. W minutę później major O'Neill i Artur Slowe uświadomili sobie, że za ich plecy wślizgnął się Dangerfield i spogląda spokojnie, podobnie jak oni, na karetę dublińskiego lekarza i owiany parą zaprzęg.
Światło z okna sypialni Sturka i czerwony blask pochodni trzymanej przez lokaja odbijały się dwoma drżącymi ognikami w srebrnych okularach Dangerfielda, który stał nieporuszony w cieniu, wyzierając spoza ich pleców.
— To przykra sprawa, panowie — rzekł ponurym, przyciszonym głosem — siedmioro dzieci i wdowa. Jednak nie umarł jeszcze; cokolwiek robiłby u niego Toole, dubliński doktor nie siedziałby przy zmarłym — czas jego jest zbyt cenny. Nie mogę wyrazić słowami, jak mi żal tej biedaczki, jego żony. Bóg raczy wiedzieć, co się stanie z nią i jej bezradną dziatwą.
Slowe mruknął coś smętnie i przytakująco, major zaś z boleściwym wejrzeniem wypuścił w nocny przestwór cienkie pasmo dymu z fajki, które wzbiło się jak westchnienie ku migotliwemu oknu sypialni Sturka. I tak zamilkli wszyscy. Zdawało się, że nie mają nie więcej do powiedzenia i że w ich umysłach ciemna zasłona przesłoniła ów dramat, którego bohaterem był „szlachetny Barney", jak nazywała go biedna pani Sturk.